TC (training camp) Międzygórze czyli bez fulla nie podchodź

Razem z moim odwiecznym rowerowym partnerem (czytaj Maćkiem ;) ) wybraliśmy się na dość specyficzny „obóz treningowy” do bajkowego Międzygórza. Zamieszkaliśmy w pensjonacie „Czarodziejka” chyba najwyżej położonym w okolicy i stamtąd codziennie wyruszaliśmy zdobywać co rusz nowe szczyty i szlaki.



Pierwszego dnia w ramach rozkręcenia się wyjechaliśmy trochę w dolinę i jakoś tak wyszło jak to z resztą u nas prawie zawsze że zaczęliśmy błądzić, najpierw wjechaliśmy do jakiegoś lasu potem zasuwaliśmy polami zbóż, potem Maciek po kichał trochę przy mapie, a finał był taki, że oboje w poszukiwaniu siebie nawzajem zajechaliśmy każdy osobno i każdy odmienną trasą ;) Maciek wybrał wariant krótszy i nieco lżejszy, a ja pokierowany przez ludzi z „Parku Rowerowego” pojechałem prawie przez szczyt Żmijowca i zjechałem do naszego miasteczka.



Drugi dzień nie szczędził godzin i kilometrów. Zajęło nam to w sumie chyba 8 godzin z hakiem. Plan pierwotny był taki że mieliśmy jechać trasą maratonu w Międzygórzu. No jak to z nami bywa plan pierwotny nie wypalił, trochę przez moje gapiostwo, a niestety w głównej mierze przez mój defekt w postaci przeciętej z tyłu opony… postanowiliśmy wrócić do Międzygórza. Maciek zrobił coś tam u siebie ja u siebie i z powrotem wyruszyliśmy w trasę. I tak się jakoś złożyło, że była to trasa pełna esencji kolarstwa górskiego. Najpierw wspięliśmy się do Schroniska pod Śnieżnikiem. Potem morderczym krokiem trochę weszliśmy a trochę wjechaliśmy na sam Śnieżnik. Tam nieco posiedzieliśmy bo pogoda i widoczność były cudowne, niestety Maciek nie wziął aparatu tego dnia toteż nie mamy zdjęć, ale co tam najważniejsze zdjęcia są w głowie. Jak już tak posiedzieliśmy tą chwilę to ruszyliśmy na Czechy. Nie wiem czemu, ale ile razy tylko pomyśle o Czechach robi mi się ciepło z emocji.  Zaczęliśmy zjeżdżać i od razu zaczepił nas czeski strażnik który kazał nam zejść z rowerów i prowadzić jakiś kilometr ze względu na to że poruszaliśmy się po terenie rezerwatu. Po drodze zahaczyliśmy o źródło czeskiej Morawy gdzie z chęcią napełniliśmy nasze bidony lodowatą wodą.



Za wzgórzem mogliśmy już śmiało pedałować. Najpierw kamienistym zjazdem czerwonym szlakiem do rozwidlenia. Potem skręciliśmy na żółty. Chyba najpiękniejszy zjazd jaki widziałem. Najpierw trawers po ogromnych poprzecznych korzeniach. Nie raz koło zatrzymało się w miejscu ;) Następnie po kamolach tak wielkich i tak ułożonych że naprawdę trzeba się było mocno natrudzić żeby znaleźć tam jakąkolwiek drogę przejazdu. Jeszcze wspomnę tylko o tym że w pewnym momencie owe kamienie były całe pokryte wodą przez co było jeszcze ciekawiej ;) Okazało się że zjechaliśmy do Dolnej Morawy- malutkiego miasteczka w dolinie. Tam zjedliśmy przepyszne knedle z nadzieniem jagodowym polane bitą śmietaną i obsypane jagodami. I jak to po zjeździe musi nadejść podjazd… Najpierw stromy asfaltowy niebieskim szlakiem, potem już teren i w końcu po długim podjeździe i jeszcze krótkim zjeździe znaleźliśmy się znowu w naszym lokum.




Trzeci dzień… oj była rzeźnia. Nie mam przed sobą mapy pisząc tą relację, ale pamiętam że zrobiliśmy ogromną pętlę przez Polskę i Czechy. Najpierw na Czarną Górę długo zielonym szlakiem, następnie zjechaliśmy z Czarnej Góry w kierunku Śnieżnika, znowu się na niego wspięliśmy i zjechaliśmy na niebieski szlak na Czechy. Co to były za widoki brak słów by opisać. Zaczęło się pięcie pod górę z buta. Ale to co ujrzeliśmy po wejściu na górę... Zasuwaliśmy po szczytach w okolicy 1300 metrów po samych korzeniach wśród potężnych połaci wiatrołomów. Nie ominęło nas też trochę szutrów i singletracków zielonym szlakiem. Ale najbardziej z całej wyprawy będę wspominał chyba spotkanie z czerwonym Kamazem. To było coś... strach i radość jednocześnie. Ale to nie koniec bo na koniec zaserwowaliśmy sobie mozolne podejście pod Trójmorski Wierch skąd rozpostarła się przed nami przepiękna techniczna sekcja i pełni radochy i emocji puściliśmy nieco klamki.  Ach no i tego dnia Maciek przeciął opone przez co stracił zalety opony bezdętkowej.



4 dzień … hm miał być lajcik. I w sumie był. Najpierw Maciek starał się uszczelnić geaxa… wydawało się że się udało, niestety geax na podjeździe puszczał bokiem… powietrze rzecz jasna ;) No to się Maciuś zeźlił nieco i zrobiliśmy sobie wypad na rowerach do Bystrzycy Kłodzkiej po dętkę bo nie mieliśmy już zapasu ;) i teraz najlepsze co zapamiętałem z tego dnia :P wpadamy do sklepu chyba jedynego rowerowego w tym mieście … Gość na nas spojrzał no to najpierw Maciek poprosił o dętke., a facet na to że jesteśmy zawodowcy - BGŻ nas sponsoruje to mamy zniżkę dla zawodowców i zamiast 12 Maciek zapłacił 10 zł :P, a potem ja zapytałem o oponę bezdętkową no to otrzymałem taki o to komentarz „Paanie gdzie tu opona bezdętkowa” po czym spojrzał na mój rower i powiedział „Łoopaaanie za taki rower to całe miasto można wykupić” No to po tej zabawnej przygodzie wróciliśmy do domku i tam jakoś spędziliśmy dzień (siedząc w strumyku - Maciek).



5 dzień no i powiedziałbym, że stracony , ale nie powiem bo w sumie nie był. Najpierw wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Śnieżnika, i ścieżka czerwonym szlakiem znów okazała się pechowa bo tym razem zaczęło lać i to tak mocno że uciekając do domu przed deszczem krople były tak duże i tak szybko spadały , że aż piekły ręce ;) No to się wybraliśmy do Kłodzka na basen niby ;) Co się okazało hmm kupiliśmy oponę bezdętkową do mojego potwora. No i Bóg wie jakim cudem znaleźliśmy się w twierdzy kłodzkiej. Zaiste ciekawa budowla. Potem coś jeszcze zjedliśmy co by głodnym nie wracać do naszej mieścinki, i potem już tylko odpoczynek.



Dzień szósty. Powiedziałbym wycieńczający i tyłek obcierający ;) Zrobiliśmy niezłą trasę znów zahaczając o Śnieżnik. Tym razem zjechaliśmy technicznym żółtym szlakiem w kierunku Kletna tam śmignęliśmy w kierunku nie wiem czego tak naprawdę ;) Po drodze zatrzymaliśmy na ochłodę w zimnym strumyku. Pełnia szczęścia ;)znaleźliśmy się w każdym razie na zielonym szlaku prowadzącym wzdłuż granicy Polsko – Czeskiej i tam naprawdę można się było wyszaleć ;) Malowniczy singletrack wśród baśniowego lasu to było coś!! Dojechaliśmy w pewnym momencie do przejścia granicznego gdzie zjechaliśmy do Starego Miasta na pyszną zupę czosnkową z chlebkiem i serem żółtym. No i oczywiście po czeskie piwo, które z resztą z pełnym poświęceniem ze względu na brak miejsca w plecaku Maćka targałem pod górę aż do Międzygórza ;) Wracaliśmy potem przez jakieś nieznane nam ścieżki przeróżnymi szlakami i trafiliśmy w końcu do Siennej skąd wjechaliśmy szutrowo-kamienistą ścieżką pod Żmijowiec oglądając po drodze nartostrady i trasę downhillową gdzie wcześniej odbywały się zawody. I tak wyglądał plan szóstego dnia.  



W dzień siódmy po bożemu nie można się było wysilać nadmiarowo toteż wjechaliśmy pod schronisko tam skorzystaliśmy nieco ze słońca posiedzieliśmy w górskiej zadumie i zjechaliśmy na dół. Potem krótkie pakowanie przebieranie i heja do niestety płaskiego Brzegu , ale kiedyś trzeba było wrócić. I niech żałuje każdy kto tego wszystkiego nie przeżył!! ;).



Nadesłane przez kogucik1912
niedziela 18 lipiec 2010 - 13:10:46
Komentarze: 0